Czego oczekuje się od imprezy, która szczyci się tym, że organizowana jest po raz 759? Na pewno nie zmian. Tym czasem wielka zmiana w giełdzie staroci Jarmarku Dominikańskiego zapowiadana była już od zeszłego roku. Chodziło o przeniesienie stoisk ze starociami w nowe miejsce. Początkowo plotki mówiły o parkingu przy Operze Bałtyckiej. Ostatecznie stanęło na Nowych Ogrodach. Szedłem tam ze starej lokalizacji, ponieważ informacja o zmianie jakoś do mnie nie dotarła. Przyznam, że początkowo nie miałem zbyt przychylnego nastawienia do tego pomysłu. Nie mniej jednak szybko zmieniłem zdanie. Jarmark został przeniesiony do odtwarzanej i ożywianej części starówki. Głównym atutem nowej lokalizacji jest to, że stoiska znajdują się w jednym, długim i szerokim ciągu. Komunikacja jest znacznie swobodniejsza i stoiska nie stoją już na zadeptanych trawnikach. Nie umiem powiedzieć czy stoisk było w tym roku więcej, czy tylko miałem takie wrażenie dzięki temu że były zgromadzone w jednym ciągu. Wyjątek stanowiły stoiska amatorskie, które ustawiały się wzdłuż Motławy przy Stągwiach Mlecznych. Dużym atutem nowej lokalizacji jest także większa ilość kawiarni znajdujących się w pobliżu jarmarku i to, że są bezpośrednio na zapleczu stoisk. Dzięki temu można wygodniej odejść na chwilę porozmawiać przy stoliku z kawą. Pomimo tego numizmatycy dali wyraz sile przyzwyczajenia i jak zawsze można ich było spotkać na tarasie odległej obecnie Tawerny Dominikańskiej.
Podstawowym zarzutem jaki co roku spotykam w stosunku do Jarmarku, jest brak ciekawych pamiątek. W tym roku z pewnością nie było tyle pamiątek co 20-30 lat temu, a ceny na pewno poszły w górę. Nie uważam jednak, żeby można było kategorycznie narzekać na brak pamiątek do kupienia lub obejrzenia. Na publicznie dostępnych stoiskach widziałem dwa zestawy złożone ze zgodnego krzyża Virtuti Militari, raz z dyplomem nadania, a raz z legitymacją. Był ciekawy dyplom do krzyża na Śląskiej Wstędze Waleczności i Zasługi, którego zdjęcie widać obok. Nie jest najlepszej jakości, ponieważ było wykonane w mocnym słońcu. Było także kilka odznak pułkowych i cały szereg innych nieoczywistych pamiątek. Czyli dokładnie tak, jak na Jarmarku być powinno. Do tego oczywiście możliwość spotkania się z kolekcjonerami i handlarzami, którzy przyjechali z całej Polski. To jeden z ważniejszych, jeśli nie najważniejszy punkt Jarmarku. W tym roku nie zawiódł i poza stałymi bywalcami spotkałem także kilka osób które odwiedzają tą giełdę nieregularnie. Zaskoczyło mnie tylko, że większość osób przyjechała wyłącznie na pierwszy dzień, wracając już w sobotę wieczorem. Pomimo tego Jarmark uważam po raz kolejny za udany.
Wczoraj żona zadzwoniła do mnie po południu, że przyszła książka. Ucieszyłem się i czekałem na lekturę. Do domu wróciłem o 22:30 i postanowiłem, że pomimo późnej pory zacznę czytać. Niestety przed północą byłem już po lekturze całego Numizmatyka Krakowskiego. W ten czas wliczam także przerwę na rozmowę z żoną, mycie zębów i tym podobne czynności.
Z deklarowanych 55 stron około połowa numeru to ilustracje. Pozostała część złożona jest w taki sposób, aby sztucznie poszerzyć objętość numer. Służące temu wcięcia w pierwszej linii każdego akapitu i odstępy między akapitami przy małym formacie B5 wyglądają nieprzyjemnie dla oka. Przy tak małej objętości tekstu zupełnie zbędne były także wyjęte z tekstu i wyróżnione cytaty. Tak jak gdyby edytor bał się, że czytelnicy przeoczą coś w tekście zajmującym jak sądzę maksymalnie kilkanaście kartek A4.
Być może problem z objętością numeru wynika także z tego, że redakcja zdecydowała się powierzyć jego napisanie tylko jednemu autorowi. W konsekwencji Dariusz Jasek napisał tekst, który jest czymś w rodzaju szerszego wspomnienia o Tadeuszu Kałkowskim, bez bliższej analizy jego zainteresowań numizmatycznych czy samej kolekcji. Brak szerszej informacji na temat jego zaangażowania w działalność stowarzyszeń numizmatycznych, czy redakcję reaktywowanego właśnie Numizmatyka Krakowskiego. Cały tekst płynie na fali ogólników i wyraźnie widać, że jest inspirowany wspomnieniami rodzinnymi. Jak można przypuszczać są to wspomnienia synów.
Podsumowując zmuszony jestem rekomendować lekturę pierwszego numeru reaktywowanego Numizmatyka Krakowskiego z biblioteki lub egzemplarza pożyczonego. Jednokrotna lektura jest zupełnie wystarczająca. Żeby jednak nie wyjść na taniego krytykanta chcę podkreślić, że sam wydawca określił ten numer jako “przejściowy”. Dlatego liczę, że do kolejnych numerów przygotowane są już solidne teksty i w kolejnych wpisach będę zachęcał do prenumeraty.
Ponieważ post na temat odznak Dywizjonu Huzarów Śmierci jest jednym z częściej odwiedzanych na mojej stronie, poczułem się w obowiązku poinformować o kolejnym egzemplarzu, który oferowany był na wczorajszej aukcji Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka. Przy okazji pozwolę sobie na kilka słów komentarza na temat oferowanej odznaki. Po pierwsze należy wskazać, że jest ona tożsama pod względem wykonania z odznaką oferowaną przez Antykwariat Numizmatyczny Michała Niemczyka oraz odznaką po Stefanie Meyerze ps. “Larissa”. Skoro kreślę już podobieństwa to wypada zwrócić uwagę, że zarówno odznaka po S. Meyerze jak i odznaka z GNDM mają przetarcia srebrzenia na czaszce w tych samych miejscach. Wyraźnie wskazuje to, które miejsce były bardziej wyeksponowane na ocieranie się lub gorzej pokryte w procesie srebrzenia. Nie jest to jednak ten sam egzemplarz, co można z łatwością stwierdzić po lewym ramieniu krzyża, będącego podstawą odznaki. Widać na nim wyraźną nadlewkę białej emalii, wychodzącą poza przeznaczoną dla niej przestrzeń. To dobra wiadomość, świadcząca o pojawieniu się nowego egzemplarza odznaki na rynku kolekcjonerskim.
Oczywiście ciekawiło mnie jak pojawienie się takiego “nowego” egzemplarza wpłynie na osiągniętą przez niego na aukcji cenę. Szczególnie, że osób skłonnych płacić 8.000 – 12.000 zł. za odznakę nie ma w Polsce znów aż tak wiele. Trzeba przyznać, że oddział miał bardzo efektowną nazwę i był formacją kawaleryjską, ale jego sukcesy były delikatnie rzecz ujmując ograniczone. Odznaka zaprojektowana jest efektownie i musi działać na wyobraźnię, ale wykonanie już nie zachwyca. Wyraźnie widać, że środki zgromadzone przez nakładcę były niewielkie. Gustaw Sosnowski może nie należał go warszawskiej czołówki grawerów, ale z całą pewnością umiał wykonać odznaki o wiele lepsze niż ta. Nie było więc oczywiste ile osób zainteresuje się taką odznaką. Szczególnie, że rynek jest obecnie dość płytki i wszyscy zainteresowani i skłonni wydać większe pieniądze, już taką odznakę mają. Być może z tych powodów aukcja rozpoczęła się od złotówki. Przynajmniej tak mi się wydawało. Przygotowując ten post z ponad miesięcznym wyprzedzeniem obstawiłem, że aukcja zakończy się na poziomie 6.000 – 8.000 zł. + prowizja domu aukcyjnego. Poza wymienionymi wyżej argumentami brałem jeszcze pod uwagę czarną materiałową podkładkę, która dołączona jest do odznaki i wygląda na oryginalną z epoki. Jest to sympatyczny dodatek, który zawsze może skłonić do podniesienia ręki o jedno przebicie więcej niż się wcześniej planowało. Poza tym podkładka zachowała w doskonałym stanie srebrzenie na rewersie odznaki. Dodajmy, że dzięki dobremu zdjęciu zrobionemu pod kątem, dom aukcyjny pokazał pięknie wypukłość całej kompozycji. To także mogło w minimalnym stopniu wpłynąć na lepszą cenę. Z drugiej strony uważałem, że na ten moment odznaka nie ma potencjału. Okazało się jednak, że już na kilka dni przed aukcją było trzech licytujących, a najwyższa oferowana kwota przebiła moje szacunki i wynosiła 9.000 zł. Trzeba było się pogodzić z błędnością moich założeń. Na dwa dni przed aukcją ci sami licytujący podbili cenę już do 13.000 zł., by ostatecznie w dniu aukcji zakończyć ją kwotą 20.000 zł. + prowizja domu aukcyjnego, czyli łącznie 23.000 zł. To bardzo wysoka kwota jak na przedwojenną odznakę pamiątkową. W moim odczuciu, być może tak samo błędnym jak wcześniejsze dywagacje dotyczące ceny, przynajmniej dwie osoby poniosły emocje. Świadczy o tym fakt, że aukcja rozegrała się między trzeba, a być może faktycznie tylko dwoma licytującymi. Cena sprzedaży wyraźnie odstaje od poprzednich wyników i oparła się na psychologicznej granicy, jaką bez wątpienia jest okrągła kwota 20.000 zł. Pozostaje tylko pogratulować sprzedającemu. Kupującemu także, skoro tak bardzo mu zależało.
W poprzednią sobotę 4 maja 2019 roku licytowany był pięknie zaprojektowany i doskonale zachowany medal nagrodowy ustanowiony na święto Orderu Orła Białego. Jak widać na sąsiednim zdjęciu medal miał pochodzić z 1749 roku. Jest to o tyle istotne, że co roku wykonywany był nowy stempel rewersu z nową datą. Projekt pozostał ten sam i jedyną zmienną była data pod dolnym odcinkiem. Jest to o tyle ciekawe, że medale tłoczono w średnim rocznym nakładzie ok. 70 sztuk. Tak więc można przyjąć, że stopień zniszczenia stempla nie usprawiedliwiał wykonywanie co roku nowego egzemplarza. Natomiast datę można było grawerować lub zwyczajnie pominąć. Tak by było taniej, ale w końcu król się bawi, złotem płaci. Właśnie. Skoro płaci złotem i jak w przypadku tego medalu także srebrem, to dlaczego prezentowany i licytowany jednocześnie medal, odbity był w brązie? Tym bardziej, że z zachowanej i cytowanej przez Annę Szczecinę-Berkan dokumentacji wynika, że w 1749 roku wybito w Dreźnie na zamówienie króla zaledwie 9 medali złotych i 56 srebrnych. Z jednej strony był to najniższy roczny nakład medali, a z drugiej strony nigdy oficjalne zamówienie nie opiewało na medale brązowe.
Odpowiedź na pytanie dotyczące medalu znajduje się także we wspomnianym tekście Anny Szczęsnej-Berkan pod niewiele mówiącym tytułem “Medale nagrodowe“, ale zamieszczonym w fundamentalnej pracy na temat orderu Orła Białego, czyli “Za Ojczyznę i Naród – 300 lat orderu Orła Białego“. Wśród wielu pięknych ilustracji umieszczonych w tej książce, pod pozycją 73 widnieje fotografia zachowanego w archiwum stempli gabinetu numizmatycznego Staatliche Kunstsammlungen w Dreźnie matryca awersu medalu z wizerunkiem Augusta III Sasa. Natomiast ilustracja numer 80 prezentuje rewers medalu dla rocznika 1749. Co w moim przekonaniu oznacza, że już późniejszych latach wykonano odbitki tego medalu w brązie. To także tłumaczy doskonały stan zachowania prezentowanego medalu, który przypuszczalnie wykonany był na potrzeby kolekcjonerskie, a w konsekwencji przechowywany w sposób ograniczający ryzyko jakiegokolwiek uszkodzenia. Choć medal jest późniejszą, przypuszczalnie XIX-wieczną odbitką z oryginalnych stempli, a nie oryginałem, osiągnął cenę 1.200 euro, która dopiero została powiększona o prowizję domu aukcyjnego w wysokości 23%. Czyli ostateczna cena to 1.476 euro, czyli wedle kursu średniego na dzień przygotowania postu ok. 6.350 zł. To więcej niż cena wywoławcza podobnego srebrnego medalu z 1752 roku, który nie znalazł zainteresowania na ostatniej aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego. Bez pudła można przypuszczać, że brązowy medal licytowany był ostro ze względu na wyśmienity stan zachowania pomimo, że nie był egzemplarzem oryginalnym. Być może także licytujący nie mieli pojęcia, że walczą o egzemplarz wtórnie wybity i z braku znajomości odpowiedniej literatury przyjęli, że medale wręczano w klasycznej trójstopniowej skali.
Kilka lat temu nudząc się na lotnisku w Beauvais sięgnąłem po jeden z magazynów stojących na wystawie kiosku. Przewertowałem go i z zaskoczenia w pierwszym momencie nie uwierzyłem w to co zobaczyłem. W środku znajdowało się XIX wieczne zdjęcie Szwoleżera Gwardii i innych oficerów epoki napoleońskiej. Zdziwienie wynikało z oczywistego faktu, że w tamtym czasie nie było aparatów fotograficznych. Z drugiej strony mundury intuicyjnie nie wyglądały mi na kostiumy. Były zbyt dobrze dopracowane w szczegółach. Dopiero po chwili zaważyłem na piersiach kilku sportretowanych medal św. Heleny. Odznaczenie wręczane w weteranom wojen napoleońskich w latach 1791-1815. Z tym, że ustanowione dopiero w 1857 roku. To już porządkowało sytuację. W tamtym czasie aparaty fotograficzne już były. Pełnego rozwiązania zagadki nie przyniósł nawet artykuł, który inspirowany był tymi zdjęciami. Najprawdopodobniej były one wykonane w dniu 5 maja 1858 roku, a więc w rocznicę śmierci Napoleona Bonaparte. Rocznice śmierci Cesarza były dniem kiedy weterani zwyczajowo spotykali się, żeby uczcić jego pamięć. Najwyraźniej jedno z tych spotkań uwiecznione zostało przez anonimowego fotografa. Jeśli się nad tym zastanowić, to wydaj się aż dziwne dlaczego nikt inny nie wpadł na taki pomysł. Epoka napoleońska i pamięć o niej miały w XIX wiecznej Francji spor znaczenie. Mundury tamtego czasu były bardzo ciekawe i ze względu na liczebność armii bardzo różnorodne. Z drugiej strony pod koniec lat 50-tych XIX wieku weteranów wojen napoleońskich musiało być z roku na rok coraz mniej. Być może w tamtym czasie mundury i inne pamiątki militarne epoki I Cesarstwa były na tyle popularne, że nikt nie widział potrzeby ich dokumentowania i chęć uwiecznienia ich za pomocą nowego medium jakim była fotografia nie wydawała się tak naturalna jak dzisiaj. Całość zdjęć stanowi element kolekcji Anny S.K. Brown, które zostały ofiarowane Brown University w Rhode Island.
Z wszystkich zdjęć najbardziej zelektryzowało mnie oczywiście zdjęcie Szwoleżera Gwardii Napoleona. Niestety z opisu wynikało, że widać na nim oficera 2 Pułku Szwoleżerów Gwardii (czyli tzw. czerwonych szwoleżerów) o nazwisku Verlinde, a nie 1 Pułku Szwoleżerów Gwardii (czyli tzw. szwoleżerów polskich). Nie umniejsza to jednak wartości historycznej prezentowanego niżej materiału. Widać na nim nie tylko mundury, ale także elementy uzbrojenia i wyposażenia. Atutem zdjęć studyjnych jest właśnie doskonała widoczność detali. Poza tym jest to jedna z niewielu okazji żeby zobaczyć mundury kompletne, a nie tylko poszczególne ich elementy. Oczywiście można by sobie życzyć aby zdjęcia zostały udostępnione w lepszej rozdzielczości, ale za to już pewnie trzeba by zapłacić. Dlatego póki co pozwoliłem sobie zaprezentować skany widoczne poniżej.
Święto narodowe na upamiętnienie konstytucji 3 maja przypada w tym roku w piątek, czyli dzień zwyczajowej publikacji wpisu na stronie. Z jednej strony powinienem świętować i czuć się zwolniony z pisania. Z drugiej strony, być może powinienem umieścić jakiś obszerny wpis nawiązujący do święta. Ostatecznie zdecydowałem się z lenistwa odesłać czytelników do notatki Mirosławy Pałaszewskiej i Olgi Świerzewskiej w czasopiśmie “Niepodległość i Pamięć” nr 16 z 2000 roku pod tytułem “Pamiątki związane z rocznicami Konstytucji 3 Maja w zbiorach Muzeum Niepodległości“. Z przedstawionego tam zestawienia widać jak żywa była tradycja honorowania kolejnych rocznic konstytucji w XIX wieku i w pierwszej połowie XX wieku. W zasadzie sami możemy się dzisiaj zawstydzić. Wspominam o tym także w nawiązaniu do wpisu z zeszłego tygodnia, ponieważ zbieranie pamiątek rocznicy 3-majowych jest w mojej ocenie doskonałym tematem kolekcjonerskim. Niezliczone żetony, medaliki i blaszki pamiątkowe można z łatwością pozyskać nawet po kilkadziesiąt złotych za sztukę. Dalszy prób to kwoty rzędu 100-300 zł. Relatywnie niewiele obiektów jest droższych. Dlatego temat ten jest idealny dla kogoś kto chce pozyskiwać nowe obiekty w miarę regularnie bez konieczności czynienia dużego nakładu finansowego. Trzeba też zaznaczyć, że nie ma pełnego katalogu tego typu pamiątek, więc zostaje jeszcze sporo kolekcjonerskiej satysfakcji odkrywania.
Początkiem zainteresowania odznakami pamiątkowymi formacji wojskowych (popularnie rzecz nazywając odznakami pułkowymi), najczęściej jest fascynacja historią wojskowości, garnizonu, określonej formacji wojskowej, czy też historią regionalną. Popularnymi tematami kolekcjonerskimi są odznaki pułkowe danego rodzaju broni, czyli np. piechoty. Innym kluczem może być, zależnie od zasobności portfela, poszukiwanie wyłącznie odznak oficerskich lub wyłącznie odznak żołnierskich. Bardziej specjalizowane przykłady tematów kolekcjonerskich to np. odznaki pułków danego Okręgu Korpusu, danej Dywizji, danego garnizonu, czy też stacjonujących w danym mieście. Każdy z tak obranych tematów jest ciekawy i warty opracowania. Uważam nawet, że im bardziej specjalizowana jest kolekcja odznak, tym jest ciekawsza. Nawet jeśli ostatecznie ma się składać z niewielkiej ilości egzemplarzy. Kilkanaście czy dwadzieścia parę odznak na jednej tablicy prezentuje się już doskonale. Jeśli są to odznaki przypadkowe, zbierane bez żadnego klucza, raczej na nikim nie zrobią wrażenia. Jeśli będzie to kilkanaście odznak tworzących zwartą całość, z pewnością urzeknie każdego kolekcjonera.
Wracając jednak do meritum tego wpisu. Zbierając odznaki, kolekcjonerzy często patrzą na nie jako na wspomniane wyżej odznaki kawalerii, czy odznaki garnizonu Warszawskiego. Nie zwracają jednak uwagi na to, że odznaki stanowią często małe dzieła jubilerskie i wyraz działalności artystycznej grawerów, którzy je wykonali. Z moich obserwacji wynika, że jest przynajmniej kilku przedwojennych grawerów, którym można przypisać określony styl lub cechy charakterystyczne. Jeśli chodzi o wyróżniający się styl, moją uwagę zwracają szczególnie odznaki pochodzące z zakładu Adama Nagalskiego w Warszawie, które można określić jako ciężkie, masywne, solidne. Zupełnie odmiennie scharakteryzował bym odznaki pochodzące z pracowni Józefa Michrowskiego. W mojej ocenie cechują się one dużą lekkością i umiejętnym wyczuciem proporcji. Często są to jednej z piękniejszych przedwojennych wykonań. Szczególnie jeśli do porównania ma się taką samą odznakę innego producenta. Przypuszczalnie ktoś kto śledzi temat odznak dokładniej niż ja, będzie w stanie lepiej scharakteryzować także innych grawerów. Postawienie przed sobą takiego zadania kolekcjonerskiego może zaowocować wspaniałym i nowatorskim zbiorem.
Innym ciekawym pomysłem może być budowanie kolekcji w oparciu o styl w jakim zaprojektowana i wykonana została odznaka. Mam tu na myśli przede wszystkim świetne projekty modernistyczne z lat trzydziestych, w których niejako specjalizował się zakład Jana Knedlera z Warszawy. Wiele z tych odznak związanych było z przedwojennym lotnictwem. W tamtym czasie była to jednak z najnowocześniejszych broni, wymagająca osób otwartych na nowe technologie, a więc być może także na nowe prądy artystyczne. Pokazana obok odznaka pamiątkowa Szkoły Podchorążych Lotnictwa przedstawia uskrzydlony szyszak.W ten sposób projekt nawiązuje do tradycji oręża polskiego i symboliki właściwej dla danego rodzaju broni. Symbolizujące szkołę inicjały nakreślone są lekko, co przyjemnie kontrastuje z wrażeniem masywności całej odznaki. Poszukiwanie i delektowanie się takimi perełkami może być doskonałą zabawą kolekcjonerską. Dlatego zachęcam do poszukiwania takich nowych tematów. Może to być wskazane także o tyle, że współczesne kolekcjonerstwo dąży w stronę modną wśród numizmatyków. W przypadku egzemplarzy anonimowych, poszukuje się odznak w jak najlepszych stanach zachowania. Tak więc w pewnym sensie traktuje się już jako wyroby jubilerskie-grawerskie. Skoro tak, to dlaczego nie pójść o krok dalej i nie zbierać odznak z uwzględnieniem tego kto je wykonał lub stylu w jakim je wykonano?
Medal diligentiae z aukcja on-line WCN (poz. 142957).
Tytuł dzisiejszego wpisu jest bezpośrednim nawiązaniem do opublikowanego wczoraj filmiku Damiana Marciniaka, który wklejam na końcu tego akapitu i do obejrzenia którego zachęcam przed przeczytaniem dalszej części tego wpisu. W nawiązaniu do grupy monet oferowanych na swojej aukcji, Damian Marciniak opowiada o powodach dziurawienia monet i tym jak kolekcjoner powinien patrzeć na takie obiekty. W tym co mówi jest wiele prawdy, ale diabeł jak zawsze tkwi w szczegółach i pozwala czepiać się tym, których najbardziej interesują wyjątki. W moim przekonaniu twierdzenia zawarte w filmiku są całkowicie prawidłowe i poprawne chyba tylko dla monet przedziurawionych bezmyślnie. Nieważne czy w epoce, czy później. Ważne, że bezmyślnie. Co mam przez to na myśli? Uważam, że monety przedziurawione jako element islamskiej sukni są doskonałym świadectwem swojej epoki i kręgu kulturowego. Nie można zapominać, że monety poza funkcją płatniczą, pełniły także funkcję tezauryzacyjną, czyli sposobu na gromadzenie oszczędności. Przedziurawienie monety świadczyło o nietypowej przewadze drugiej z wymienionych funkcji. Poza tym monetę taką można wpisać w określony kontekst kulturowy i historyczny. Czy to nie są doskonałe powody dla włączenia takiej monety do własnej kolekcji. Jeśli ktoś chce dokumentować historię trojaków, to niech ma w swoim zbiorze przykład tego, jak z nich korzystano.
W filmie pada stwierdzenie: “ciężko sobie wyobrazić, żeby stan był gorszy niż dziurawy“. Dokonam tutaj pewnego nadużycia, za co mam nadzieję pan Damian się na mnie nie obrazi i rozszerzę to twierdzenie z monet na szeroko rozumiane numizmaty, a więc także medale. Robię to dlatego, że obserwuję u numizmatyków fetysz stanu zachowania, który często prowadzi do mniej lub bardziej udolnych prób jego poprawiania. Przykład takiej poprawki widoczny jest na załączonym wyżej zdjęciu. Jest to nagrodowy medalik szkolny z czasów panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. W dniu 22 czerwca 2017 roku został sprzedany na tygodniowej aukcji WCN za stosunkowo niewielką kwotę 410 zł. Stan zachowania oceniono na III-, a w opisie zawarto informację, że medal został “przedziurawiony i zanitowany“. Można się oczywiście domyślać, że został zanitowany żeby poprawić złe wrażenie jakie na przeciętnym numizmatyku wywołuje dziura. Pomijając jakość tej naprawy, która sama w sobie może budzić pewne zastrzeżenia natury estetycznej uważam, że musiała być wykonana przez kogoś bez rzeczywistych ambicji numizmatycznych i bez odpowiedniej wiedzy. Jeśli przyjrzeć się bliżej źródłom dotyczącym medalu okaże się bowiem, że Stanisław August Poniatowski w zamówieniach do Mennicy Warszawskiej wskazywał wyraźnie aby część medali diligentiae była dziurowana. Tym samym okazuje się, że w imię walki o ulepszenie numizmatu doszło do jego faktycznego zdewastowania. Jednocześnie okazuje się, że okaz z dziurą jest tak samo wartościowy jak okaz bez dziury, a jego stan zachowania może być określony jako stan pierwszy. W szerszej perspektywie okazuje się także, co w sumie dość oczywiste, że tej samej miary nie można przykładać do monet i medali, choć wszystkie są numizmatami.
Medal Merentibus z 19 aukcji Antykwariatu Michała Niemczyka (poz. 351).
Czy w takim razie każdy medal z dziurą zasługuje na zainteresowani na równi z medalami takiej dziury pozbawionymi? Oczywiście, że nie. Świetnym tego przykładem może być złoty medal Merentibus z czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego oferowany na 19 aukcji Antykwariatu Michała Niemczyka pod pozycją 351. Z dziurą czy bez dziury, złote medale z czasów przedrozbiorowych to ogromna rzadkość. Tutaj w dodatku z bardzo dobrą proweniencją. Przedmiot broni się sam dlatego uważam, że zupełnie niepotrzebnie dom aukcyjny opatrzył go nieco przesadzonym opisem. Wskazał w nim, że “wystawiony [medal] zasługuje na szczególną uwagę. Ma bowiem otwór na gadzinie 12:00 przez który przechodziła oryginalna wstęga do noszenia w formie medalionu na piersi, niestety wstęga nie dotrwała do dziś w zbiorze“. Wedle mojej najlepszej wiedzy katalog ANMN jest pierwszym miejsce, w którym pojawia się koncepcja wieszania medali Merentibus z czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego na wstędze. Pogląd ten nie był dotychczas prezentowany ani w literaturze, ani w nie znam takiej relacji historycznej. Poza tym otwór jest za mały do przewleczenia wstęgi i w najlepszym wypadku mógł służyć do przewleczenia koluszka dla wstęgi. Takie koluszko mogło jeszcze jakoś wyglądać przy małym medaliku diligentiae (który w epoce nazywano wręcz żetonem), ale w tak pięknym medalu było by estetyczną zbrodnią. Wreszcie stan zachowania rewersu medalu nie wskazuje aby miał się on ocierać na o czyjeś ubranie, zawieszony wcześniej na wstędze. Dlatego koncepcję medalu na wstędze uważam za nieudaną próbę uratowania tego egzemplarza przed porażką wizerunkową, wynikającą z wykonanej w nim dziury. Dlaczego renomowany dom aukcyjny podjął się takiej próby? Ponieważ wie jak przedziurawione numizmaty postrzegane są przez numizmatyków.
Dlatego zachęcam wszystkich do samodzielnego myślenia i samodzielnego oceniania każdego z numizmatów, niezależnie od tego czy są to monety, czy medale. Szukania odpowiedzi na pytanie czy wykonana w nich dziura jest umotywowana historycznie i kulturowo. Czy mówi nam coś o monecie, historii pieniądza, relacji gospodarczych lub innych wydarzeniach. Może się bowiem okazać, że dzięki odkryciu takiego kontekstu wzbogacimy nasz zbiór o bardzo ciekawą i dzięki niewiedzy innych niedrogą pamiątkę. Jak bowiem mówi Damian Marciniak – w numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz. I tej dewizy należy się konsekwentnie trzymać.
Medal nagrodowy VI Zjazdu Lekarzy Polskich i Przyrodników w Krakowie w ofercie WDA MiM (marzec 2019).
Dzisiejszy i kolejny wpis będą poruszały kwestie stanów zachowania i ich znaczenia dla budowania własnego zbioru. Pretekstem do tego konkretnego wpisu jest medal nagrodowy wydany z okazji VI Zjazdu Lekarzy Polskich i Przyrodników w Krakowie w 1891 roku, który oferowany był na aukcji Warszawskiego Domu Aukcyjnego Mariusza Walendzika i antykwariatu Monety i Medale Romualda Sawicza. Pierwszy ze wskazanych antykwariuszy znany jest z oferty numizmatów w możliwie najlepszych stanach zachowania. Dominująca część pozycji na jego aukcjach jest po gradingu. Z opisów poszczególnych monet wynika, że celuje w klientów poszukujących pamiątek z maksymalnymi notami. Powód dla którego podkreślam tą okoliczność wyjaśni się później. Drugiego z antykwariuszy kojarzę z ciekawej oferty medali jaką regularnie prezentował na allegro, aż do czasu przejścia na onebid. Być może jest to wrażenie subiektywne, ale marka Monety i Medale od zawsze dobrze mi się kojarzy. Dobrym pomysłem wydaje mi się także połączenie sił dwóch niezależnych podmiotów w celu zaprezentowania jednej dobrej oferty, niż robienie dwóch aukcji średniej jakości. Widząc jak wielu jest indywidualistów w branży antykwarycznej miło jest zobaczyć, że panowie potrafią zgodnie współpracować przy kolejnej już aukcji.
Medal nagrodowy VI Zjazdu Lekarzy Polskich i Przyrodników w Krakowie w ofercie WCN (luty 2018).
Wracając jednak do oferowanego medalu, zwrócił on moją uwagę, ponieważ pamiętam go z aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, która skończyła się w dniu 1 lutego 2018 roku. Był to dokładnie ten sam medal w dokładnie tym samym pudełku. Podkreślam to dlatego, że bez przyglądania się szczegółom pośpieszny czytelnik może się poważnie zdziwić. Podczas kiedy rok temu medal pokryty był elegancką naturalną patyną, dziś błyszczy się na wszystkie strony. Różnica jest także w cenie. Rok temu medal został sprzedany za 330 zł. Obecnie za 750 zł. Muszę przyznać, że w mojej subiektywnej ocenie pierwsza z osiągniętych cen była oczywiście okazyjna. Uważam tak nie tylko ze względu na doskonały stan zachowania monety, ale także ze względu na fakt dołączenia do niego oryginalnego pudełka z epoki. Takie przyjemne zestawy nie zdarzają się często. Osiągnięto niedawno cenę 750 zł. uważam za odpowiadającą wartości tego zestawu. Myślę, że rynek wycenił go prawidłowo. Warto na marginesie zwrócić uwagę, że estymacja domu aukcyjnego sięgała nawet kwoty 1.800 zł. Jak się okazało mocno przeszacowanej. Dlatego warto zauważyć, że rynek nie dał premii za “nabłyszczenie” monety. Posłużyłem tym terminem w cudzysłowie, ponieważ mam wrażenie, że moneta została poddana nie tylko ingerencji chemicznej, ale także graficznej. W moim odczuciu zdjęcie zostało rozjaśnione tak, aby sprawiało wrażenie, że moneta się błyszczy pięknym srebrem. Uzyskany w efekcie tego zabiegu kolor jest nienaturalny i w moim przekonaniu wygląda kiepsko. Tak więc być może właśnie to dążenie do nienaturalnej perfekcji skutkowało sprzedażą monety poniżej estymacji domu aukcyjnego?
Damian Marciniak lansuje hasło “w numizmatyce widzisz tyle ile wiesz“. W mojej ocenie jest to hasło uniwersalne i dotyczy nie tylko numizmatyki, ale także innych nauk pomocniczych historii i obszarów zainteresowań hobbystycznych. Na dowód powyższego przedstawiam obok zdjęcie oferowane ostatnio na allegro z opisem informującym, że jest to zdjęcie zbiorowe urzędników. Jedyna bliższa informacja wskazywała na to, że zostało wykonane przez zakład FOTO ELITE GDYNIA. Nic więcej. Reszta dostępna jest wyłącznie dla tych, którzy wiedzą więcej. Osoby zainteresowane historią wymiaru sprawiedliwości zwrócą uwagę na charakterystyczny układ sali z widocznymi na pierwszym planie ławami dla publiczności. Po prawej i lewej stronie widać fragmenty bariery oddzielającej stół składu orzekającego od reszty sali. Bardziej wnikliwi obserwatorzy, nakierowani siedzibą zakładu fotograficznego być może zorientują się, że jest to najbardziej reprezentacyjna sala Sądu Okręgowego w Gdyni. Była ona na tyle duża, że obecnie (już w Sądzie Rejonowym w Gdyni) została podzielona na dwie sale nr 3 i 3a, zlokalizowane dokładnie na wprost wejścia do sądu.
Zdjęcie jest w mojej ocenie bardzo ciekawe, ponieważ projekt budynku powstał dopiero 1934 roku. Jego autorami byli Tadeusz Sieczkowski, Zbigniew Karpiński i Roman Sołtyński. Budynek oddano do użytku stosunkowo szybko, bo już w maju 1936 roku. Tak więc do wybuchu wojny sąd działał niecałe trzy i pół roku. Powstaje jednak pytanie czy zdjęcie zostało wykonane przed wojną, czy po wojnie? W końcu zakład FOTO ELITE działa w Gdyni w tym samym miejscu do dnia dzisiejszego. W mojej ocenie nie ulega wątpliwości, że zdjęcie jest przedwojenne. Po pierwsze dlatego, że widoczny w tle orzeł posiada na głowie koronę. Po drugie dlatego, że stroje widocznych na zdjęciu sędziów są charakterystyczne dla końca lat trzydziestych. Podobnie jeden z sędziów posiada miniatury odznaczeń charakterystyczne dla lat trzydziestych.
Innym sposobem potwierdzenia atrybucji zdjęcia było zidentyfikowanie osób obecnych na zdjęciu. W tym celu sięgnąłem do wydawanego co roku Kalendarza – informatora sądowego. Zwróciłem uwagę na roczniki od 1936 do 1939 roku. W 1936 roku prezesem sądu był Józef Parczewski, a wiceprezesami Antoni Karczewski i Leon Kryczyński. W 1937 roku prezesem sądu w miejsce sędziego Parczewskiego został Jarosław Czarliński. Dopiero w 1939 roku sędziego Karczewskiego zastąpił na stanowisku wiceprezesa sądu dr Juliusz Pobłocki.
Na zdjęciu udało mi się zidentyfikować Leona Kryczyńskiego, który był nie tylko sędzią ale także historykiem i ważnym przedstawicielem społeczności tatarskiej w Polsce. Niedawno prezydent RP odznaczył go pośmiertnie orderem Orła Białego. Przypuszczalnie tylko ze względu na to, że był tak wybitną postacią udało mi się znaleźć w internecie jego zdjęcie. Wedle informatora sądowego na 1935 rok, w tym czasie sędzie Kryczyński nie pracował jeszcze w Sądzie Okręgowym w Gdyni. Potwierdza to, że zdjęcie wykonano w latach 1936-1939.
Inną osobą, którą udało mi się zidentyfikować na zdjęciu jest Franciszek Sokół, komisarz rządu w Gdyni. Jego obecność naprowadziła mnie na trop dotyczący okazji przy której wykonane było zdjęcie. Mogło to być oddanie do użytku nowego gmachu sądu w maju 1936 roku lub objęcie obowiązków przez nowego prezesa Sądu Okręgowego w Gdyni przez Jarosława Czarlińskiego w październiku 1937 roku. W tym kontekście trzeba zwrócić uwagę na intensywne słońce padające na podłogę sali sądowej. Jeśli przyjąć hipotezę, że wybór jest wyłącznie między tymi dwoma wydarzeniami, to padające słońce wydaje się być ewidentnie majowe. Oznaczało by to, że prezentowane zdjęcie zostało wykonane w maju 1936 roku, podczas uroczystości oddania do użytkowania budynku Sądu Okręgowego w Gdyni. Zdjęcie jest o tyle ciekawe, że dotychczas nie widziałem żadnego przedwojennego zdjęcia z wnętrza tego sądu. Satysfakcję daje także ustalenie prawdopodobnych okoliczności jego wykonania, pomimo całkowitego braku informacji w opisie aukcji.
Chcąc być szczerym muszę przyznać, że zupełnie nie miałem pomysłu na ten wpis. Nie chciałem jednak znów przerywać rutyny cotygodniowej publikacji. Kiedy nie ma się treści, najlepiej uciec w stronę atrakcyjnej ilustracji. Dlatego zacząłem przeszukiwać pamięć komputera z zamiarem znalezienia czegoś, co będzie dobrze wyglądało. Zupełnie przypadkiem trafiłem na odznakę-znaczek, kupiony kilka lat temu na aukro.cz. Kupując go nie wiedziałem do końca w co inwestuję. Sprzedający tez nie wiedział co to jest, więc cena nie była wygórowana. Początkowo myślałem, że może to być znaczek pamiątkowy promocji Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Jana Komenskiego w Bratysławie. Było to najprostsze skojarzenie, które wynikało z widocznych na znaczku paragrafów, jednoznacznie odsyłających do tematyki prawniczej. Z takim przeświadczeniem odłożyłem odznakę do pudełka gdzie spokojnie przeleżała sobie kilka lat. Teraz, kiedy postanowiłem ją opisać na stronie, coś mi w tej atrybucji intuicyjnie nie grało. Dlaczego znaczek przeznaczony dla absolwentów uniwersytetu wykonany został w formie flagi? Dlaczego wykonano go w zakładzie grawerskim w Pradze, a nie w bezpośrednio w Bratysławie? Dlaczego na fladze pojawia się nazwa miejscowości, a nie uniwersytetu? Wreszcie dlaczego jest to fantazyjna flaga posługująca się jedynie barwami właściwymi dla Czechosłowacji? Poza tym odznaka ma numer 127. W okresie międzywojennym rekordowy dla Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Jana Komenskiego był 1936 rok. Tego lata ukończyło go 139 absolwentów z tytułem JUDr., który odpowiada obecnemu tytułowi magistra. Nie ma więc wcale pewności, czy w 1930 roku było ich aż 127.
Nie było wyjścia. Musiałem poszukać innego wydarzenia, które mogło być upamiętnione za pomocą takiego znaczka. Dość szybko udało mi się ustalić, że 1930 roku Bratysława gościła III Zjazd Prawników Czechosłowackich. To był strzał w dziesiątkę. Paragrafy na niebieskim tle potwierdzają prawniczą konotację wydarzenia. Nazwa miejscowości wskazuje na miasto gospodarza konferencji, a data na jej rok. III Zjazd Prawników Czechosłowackich był wydarzeniem nie tylko krajowym, ale także międzynarodowym. W tym kontekście wykonanie znaczka w największym zakładzie grawerskim Czechosłowacji okresu międzywojennego i wysoki numer na rewersie nie wydają się już nietypowe. Tak też można odczytywać nietypowe ułożenie barw na fladze. Biały, niebieski i czerwony są bowiem kolorami tradycyjnie nawiązującymi do idei panslawistycznych. Pokazanie ich w zestawieniu nie odpowiadającemu żadnej z państwowych flag, mogło stanowić próbę uniwersalizacji zjazdu z krajowego na ogólno-słowiański. Na marginesie można dodać, że trzy lata później w Bratysławie odbył się I Zjazd Prawników Państw Słowiańskich. Co świadczy o popularności myśli panslawistycznych wśród prawników Europy wschodniej i środkowej okresu międzywojennego.
Dlaczego ten wątek ma dla mnie takie znaczenie? Ponieważ tu następuje zwrot akcji w ramach moje wpisu i pojawia się nowe spojrzenie na opisywany znaczek. W takcie Zjazdu w Bratysławie w 1930 roku powołano Komisję Współpracy Międzynarodowej pod przewodnictwem prof. Kazimierza Władysława Kumanieckiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Komisja ta, w skład której wchodzili także prawnicy Jugosławii, Rumunii i Francji, na wniosek sekretarza prof. Tadeusza Hilarowicza podjęła uchwałę o zamiarze zorganizowania w Polsce międzynarodowej konferencji na temat prawa administracyjnego. Już w następnym roku prof. Hilarowicz powołał Komitet Organizacyjny Międzynarodowych Wykładów Nauk Administracyjnych, a w kolejnym roku zorganizowano w Gdyni Międzynarodowe Wykłady Nauk Administracyjnych i Gospodarczych. Konferencja odbyła się w dniach 16-30 lipca 1932 roku w Państwowej Szkole Morskiej. Omawiane były tematy dotyczące gospodarki morskiej, portów, emigracji, administracji przedsiębiorstwami państwowymi, czy współczesnej administracji państwowej. Na 250 słuchaczy, aż 150 przybyło z Czechosłowacji, Jugosławii, Bułgarii, Rumunii i Estonii. Tak oto przypadkowo kupiony i zapomniany na dnie szuflady znaczek stał się ciekawym obiektem w zbiorze pamiątek dotyczących relacji polsko-słowackich.
Legitymacja odznaki Zasłużony Działacz Kultury dla Włodzimierza Sokorskiego (7 aukcja GNDM)
Jeśli przyjrzeć się wynikom wyszukiwarek, na podstawie których czytelnicy trafiają na tą stronę, można wyróżnić grupę pytań rozpoczynających się od zwrotu “ile warta jest odznaka…”. Ponieważ nie ma nic złego w próbie ustalenia materialnej wartości pamiątek znalezionych gdzieś na dnie domowej szuflady, spróbujmy sobie powiedzieć dwa słowa o wartości odznaczeń nadawanych w okresie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Bezpośrednim impulsem do napisania tego postu była 7 aukcja Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, na której oferowana była odznaka Zasłużony Działacz Kultury dla Włodzimierza Sokorskiego. Do odznaki dołączona była legitymacja potwierdzająca to nadanie, która widoczna jest na sąsiednim zdjęciu. Uzupełnieniem zestawu było pudełko do odznaki. Można więc powiedzieć, że z punktu widzenia kolekcjonerskiego niewiele więcej da się wymyślić.
Sam Włodzimierz Sokorski, jak by go nie oceniać, dla kultury okresu PRL nie był postacią anonimową. W latach 1952-1956 pełnił funkcję Ministra Kultury, a następnie do 1973 roku był przewodniczącym Komitetu do spraw Radia i Telewizji. Można więc przyjąć, że jeśli ktoś już potrzebuje do kolekcji odznakę Zasłużonego Działacza Kultury to bardziej warto posiadać egzemplarz po Włodzimierzu Sokorskim, niż po kierowniku biblioteki w szkole podstawowej. Jak w takim razie rynek wycenił omawiany zestaw? Na pełne 70 zł.
Dlaczego tak tanio? Na legitymacji po Sokorskim łatwo zauważyć numer 11.678. Odznaka została ustanowiona w marcu 1962 roku, a były Minister Kultury otrzymał ją dopiero we wrześniu 1974 roku. To oznacza, że w tym okresie odznakę otrzymywały średnio niecałe trzy osoby dziennie! Podaż odznak jest więc niesamowita. Przy liczbie nadań idącej w dziesiątki tysięcy egzemplarzy ciężko będzie zaspokoić rynek i nawet egzemplarz szczególny, kompletny pod względem kolekcjonerskim i po znanej osobie nie osiągnie wysokiej ceny. Z drugiej strony może tak się zdarzyć, że rzadko spotykana odznaka z okresu PRL będzie droga, choćby była anonimowa. Przykładem mogą być inne odznaczenia resortowe PRL licytowane w jednym czasie, także na aukcjach u Damiana Marciniaka w 2014 roku. Odznaka zasłużony dla wymiaru sprawiedliwości (58 nadań) osiągnęła cenę 1.342 zł., odznaka zasłużony dla kultury narodu (77 nadań) osiągnęła cenę 910 zł., a odznaka zasłużony dla zdrowia narodu (1.645 nadań) osiągnęła już tylko cenę 261,57 zł.
Pod koniec 2017 roku odbyła się we Wiedniu aukcja militariów zawierająca szereg polskich pamiątek. W tym dwa większe zestawy tłoków i odcisków pieczęci. Wbrew nazwie aukcji były wśród nich nie tylko pieczęci wojskowe, ale także trzy związane z cywilnym wymiarem sprawiedliwości. Pierwsza z nich i jednocześnie najłatwiejsza do datowania jest pieczęć komornicza z okresu międzywojennego. Najprawdopodobniej powstała na przełomie 1928 i 1929 roku, a następnie była używana aż do wybuchu II Wojny Światowej. Druga to pieczęć C. i K. Sądu Powiatowego w Ulanowie. Można ją w miarę łatwo datować na drugą połowę XIX wieku lub początek XX. Datowanie zawężone do kilkudziesięciu lat nie jest szczególnie precyzyjne dla obiektów tak (relatywnie) młodych. Niestety w moim przekonaniu dalsze ograniczanie przedziału czasowego w którym mogła powstać pieczęć byłoby możliwe tylko w oparciu o styl lub sposób wykonania samej pieczęci. Na tym się niestety nie znam. Nie mam też odpowiedniej literatury ani materiałów porównawczych. W konsekwencji ten wpis poświęcony będzie wyłącznie trzeciemu tłokowi pieczętnemu, którego zdjęcie widać po lewej stronie. Ustalenie daty jego powstania i wykorzystania było dla mnie miłą zagadką historyczną, którą chciał bym się podzielić.
Zacznijmy od treści pieczęci. W tym celu wykonałem jej wirtualny odcisk, widoczny po lewej stronie. Pieczęć używana była w Wydziale Spornym Sądu Pokoju Okręgu Lubelskiego. Oznacza to, że wykonano ją przed 1876 rokiem, kiedy na terenach byłego Królestwa Polskiego weszła w życie reforma sądowa Aleksandra II. Razem z nią wprowadzono w Guberni Lubelskiej organizację sądów pokoju analogiczną do tej jaka funkcjonowała w Rosji. Wykonanie pieczęci po tej dacie wyklucza nie tylko zmiana organizacji sądownictwa, ale także wyeliminowanie z pieczęci języka polskiego. Wszystkich zainteresowanych bliżej tym tematem odsyłam do doskonałej książki prof. Artura Korobowicza pod tytułem “Sądownictwo Królestwa Polskiego 1876-1915“. Dla zachęty dodam, że znaleźć tam można nie tylko informacje o organizacji wymiaru sprawiedliwości, ale także inne ciekawostki, ja ta dotycząca pieczęci Sądu Okręgowego w Lublinie, które na początku 1914 roku zostały na polecenie rosyjskiego Sztabu Generalnego wywiezione do Rosji.
Skoro wiemy już kiedy najpóźniej mogła powstać omawiana pieczęć, spróbujmy odpowiedzieć na pytanie kiedy mogła powstać najwcześniej. Najdalszą perspektywę wyznacza oczywiście rok 1810, kiedy na wzór rozwiązań duńskich wprowadzono w Księstwie Warszawskim sądy pokoju. Jest to data oczywiście zbyt daleka na co wskazuje nie tylko szczególna nazwa sądu, ale przede wszystkim herb umieszczony na pieczęci. Ten ostatni może pochodzić najwcześniej z 1842 roku. Wtedy herbem Królestwa Polskiego został dwugłowy czarny orzeł z Orłem Białym na tarczy sercowej. W tym samym roku wprowadzono nową jednostkę administracyjną, jaką był okręg sądowy. Wikipedia podaje informację bez źródła, że godło to miało być zmienione w 1858 roku. Jednak banknoty 1 rublowe Królestwa Polskiego z 1864 i 1866 roku nadal posiadały taki sam herb jak banknoty emitowane w latach 1847-1858. Tak więc jeśli nawet informacja z Wikipedii jest prawdziwa, to rzekomej zmianie mogły się oprzeć nie tylko banknoty, ale także pieczęci sądowe.
Ponieważ przedział czasowy zamknięty w datach 1842-1876 jest nadal dość szeroki, raz jeszcze należy wrócić do napisu umieszczonego na pieczęci i jednocześnie sięgnąć do Organizacji sądownictwa nadanej postanowieniem Rady Administracyjnej Królestwa Polskiego z dnia 24 stycznia (5 lutego) 1867 roku (Dziennika Praw Królestwa Polskiego, tom. 66, s. 388-395). W związku ze zmianami administracyjnymi w Królestwie doszło na podstawie tego postanowienia także do przemianowania sądów. W konsekwencji Sąd Pokoju Okręgu Lubelskiego został przemianowany na Sąd Pokoju w Lublinie. Jednocześnie możliwy czas powstania pieczęci został ograniczony do 25 lat pomiędzy 1842 i 1867 rokiem. Niestety na chwilę obecną nie mam pomysłu jak jeszcze zawęzić ten okres. Można jedynie snuć przypuszczenia, że w związku z długą żywotnością tego typu pieczęci, powstała ona właśnie w pierwszym roku zakreślonym moim małym dochodzeniem. Z drugiej strony 25 lat to czas wystarczający aby zamienić wysłużoną pieczęć nowym egzemplarzem. Nie można wykluczyć, że miało to miejsce także w tym przypadku.
Dzisiejszy wpis będzie o tym, co kolekcjonerzy lubią najbardziej, czyli o odkrywaniu tajemnic niedostrzeżonych przez innych. Czy może być coś przyjemniejszego kolekcjonerskiego ego, niż zauważenie niuansów przeoczonych przez innych uczestników zabawy? Dokładnie taka przyjemność towarzyszyła mi kilka miesięcy temu, kiedy na aukcji w słowackim domu aukcyjnym SOGA pojawił się obraz Ferdynanda Kotvalda zatytułowany “v starom meste”, czyli “na starówce”. Widać na nim zaułek z łukami łączącymi zabudowę po obu jego stronach. Podobne rozwiązanie widać po przeciwnej stronie drogi, przecinającej całą kompozycję. Na wprost po lewej widać kamienicę o nietypowym froncie parteru, który rozchodzi się jak podstawa wieży. Miejsce wydaje się być na tyle charakterystyczne, że jeśli tylko nie powstało w wyobraźni autora, to ciężko będzie je pomylić. Niestety Ferdynand Kotvald umieścił na obrazie jedynie datę jego wykonania (1956), zapominając o wskazaniu miejsca. Mogło to być niemal wszędzie. Kotvald jeździł po całej Czechosłowacji i przedstawiał głównie przestrzenie miejskie. W konsekwencji miejsca powstania obrazu nie domyślił się także dom aukcyjny oferujący prezentowany obraz. Oczywiście nie wiem, czy nie zgadł tego ktoś z obserwujących aukcję. Domyślam się jednak, że skoro nikt nie powiadomił domu aukcyjnego, to osób takich było przynajmniej niewiele.
Żeby nie trzymać nikogo dłużej w niepewności przedstawiam po lewej stronie pocztówkę z około 1930 roku, obrazującą dokładnie to samo miejsce. Najwyraźniej na tyle urokliwe, że chciał je ująć nie tylko Kotvald ale także autorzy przedwojennych pocztówek Keżmarku. To widok na miejsce w którym Hradne Namestie, czyli Plac Zamkowy przechodzi w Hlavne Namestie, czyli Główny Plac. Oczywiście nazwa plac jest tu bardzo umowna, ponieważ w rzeczywistości jest to główna ulica Keżmarskiej starówki. Ujęcie wykonane jest z ulicy Námestie Požiarnikov, czyli Plac Strażaków. Widoczne na obrazie i pocztówce łuki nad uliczką stanowią jedną z atrakcji turystycznych miasta i wedle mojej pamięci nie występują nigdzie więcej w okolicy. Być może także dlatego, były powodem do uwiecznienia ich na opisywanym obrazie Kotvalda.
Przez pierwsze pół roku całkiem nieźle wywiązywałem się z postanowienia noworocznego, żeby umieszczać na stronie jeden wpis tygodniowo. Może nie w stu procentach, ale wyjątków od reguły było naprawdę niewiele. Od końcówki lipca nie pojawił się na stronie żaden wpis co nie znaczy, że zmieniłem zainteresowania. Wręcz przeciwnie. Było co najmniej kilka ciekawych wydarzeń, które chciałem tu opisać dając sobie pretekst do powrotu. Wreszcie postanowiłem wrócić bez wyraźnego pretekstu, trochę dlatego że mam wolny wieczór. Wznawiam postanowienie umieszczania na stronie jednego postu w tygodniu – dokładnie w każdy piątek w samo południe. Zobaczymy czy tym razem uda się utrzymać ten rytm dłużej niż poprzednie pół roku. Mam w zanadrzu kilka zaległych tematów, więc być może się uda. Pierwszy merytoryczny wpis już jutro 🙂